Przejdź do głównej zawartości

In nomine Patris et Filii et Spiritus Sancti, czyli Święci z Bostonu (The Boondock Saints)

źródło: Franchise Pictures/Indican Pictures via alekinoplus.pl

W przypadku kultowych filmów, często potwierdza się prawdziwość pojawiającego się na blogu cytatu z Twaina: "Truth is stranger than fiction".  The Boondock Saints, czy też bardziej swojsko brzmiący Święci z Bostonu, to kolejny taki przypadek. Porzućmy jednak chwilowo tragiczną rzeczywistość i zakulisowe przepychanki, a przenieśmy się do zgniłego Bostonu, który z rąk mafii i innych złoczyńców, są w stanie wyrwać tylko głęboko religijni, przystojni, irlandzcy bracia.

*chyba spoilerowo*

Connor (Sean Patrick Flanery) i Murphy (Norman Reedus) MacManus to porządne chłopaki są. Pracują w masarni, często się modlą, a w wolnym czasie piją Guinnessa w lokalnym barze. A kiedy wspomniany bar nachodzi rosyjska mafia, z którą trzeba się uporać, panowie natychmiast podejmują rękawicę. Od tego momentu, również za sprawą wizji od Boga, bracia postanawiają na własną rękę "oczyścić" miasto ze złych ludzi, od rosyjskiej i włoskiej mafii począwszy. Naszym vigilantes po piętach depcze jednak ekscentryczny agent FBI, Paul Smecker (Willem Dafoe). A i przestępczy światek nie poddaje się bez walki.

Scena przesłuchania jest zdecydowanie
 jedną z najfajniejszych w filmie.

Święci z Bostonu to debiut Troya Duffy'ego, którego kariera sama w sobie jest materiałem na film. Nie mając wcześniej żadnej styczności z filmem, w wieku 25 lat napisał scenariusz zainspirowany swoimi przeżyciami z czasów pracy jako barman i wykidajło w Los Angeles, do którego przeniósł się, by wraz ze swoim bratem Taylorem, rozkręcić karierę swojego zespołu The Brood. Pewnego wieczora jego uwagę przykuł dealer narkotykowy wynoszący z mieszkania ciało martwej kobiety:
"Her leg was hanging over the side, and she had an army boot on," says Duffy, who was living in Los Angeles at the time. "The heroin guy... comes running out of his apartment saying 'That bitch's got my money!' and slams his hand right down her boot. She'd been dead a couple of days." *
Jak przyznaje Duffy, scenariusz napisał (na pożyczonym komputerze) z frustracji i braku pieniędzy na psychologa. Tekst przetoczył się przez kilka wytwórni, aż trafił w ręce legendarnego Harveya Weinsteina i jego firmy Miramax. Hojność producenta była zaskakująca. Niemający żadnego doświadczenia w pracy nad filmem Duffy, nie dość, że miał dostać 300 000 (lub według innych doniesień 450 000) dolarów za scenariusz, to jeszcze mógł film z budżetem 15 milionów, samodzielnie wyreżyserować i nagrać do niego soundtrack. Co więcej, Duffy miał również zostać współwłaścicielem baru J. Sloane's, w którym pracował, a który to Weinstein obiecał wykupić. Świeżo upieczony reżyser znalazł się po skrzydłami William Morris Agency, podpisał umowę z Paramount na dwa kolejne scenariusze, a The Brood podpisało kontrakt płytowy z Maverick Records. Miał 26 lat i świat leżał mu u stóp. Do czasu.

Ah, co odrobina sukcesu potrafi zrobić z człowiekiem. Nikt do końca nie wie co zaszło, ale wygląda na to, że Duffy'emu uderzyła sodówka. Największą kwestią sporną był casting. Przez film przewijały się takie nazwiska jak McGregor (który odrzucił propozycję roli po rzekomej kłótni z reżyserem dot. kary śmierci), Branagh, DeNiro, Myers, Wahlberg, Reeves, Hawke... lista jest długa. Z jednymi się pokłócił, innych obraził, a reszta mu nie pasowała. Do tego doszły rzekome problemy reżysera z alkoholem, wybuchowa osobowość i rozbuchane ego. Mówiło się, że znalazł się na czarnej liście Harveya Weinsteina, który rzeczywiście, ostatecznie wycofał się z produkcji Świętych. Duffy został bez kontaktów, kontraktów i pieniędzy. Podobnie zresztą jak jego porzucony przez wytwórnię Maverick, zespół.

Na szczęście pojawia się silver lining. The Brood zostaje przejęte przez Atlantic Records, a reżyserowi udaje się zdobyć wsparcie finansowe Franchise Pictures. Produkcja Świętych z Bostonu nareszcie rusza, ale z budżetem tylko 8 milionów dolarów. To jednak nie koniec problemów reżysera. Gotowy film jedzie w 1999 roku na festiwal w Cannes, gdzie ociekający przemocą film, na miesiąc po niesławnej strzelaninie w liceum Columbine, spotyka się brakiem zainteresowania wśród amerykańskich dystrybutorów. Ostatecznie film wyświetlany jest w USA tylko w kilku kinach. Przez tydzień. Później ląduje na płytach i kasetach. Płyta The Boondock Saints, bo tak przemianował się The Brood, sprzedaje się w około 600 egzemplarzach.

Ci, którzy przeczytali chociaż jeden z moich poprzednich wpisów, zapewne znają dalszą część tej historii. Word of mouth, DVD, VHS, cult following. Jednakże i tutaj Duffy'emu życie dało w kość. Jego kontrakt z Franchise Pictures, pozbawił go bowiem jakiegokolwiek przychodu z pokazów za granicą, nośników (gdzie film odniósł spory sukces) i telewizji. Jakiekolwiek pieniądze z tego tytułu on i jego aktorzy zobaczą dopiero później, po wygranej rozprawie, w czasie której reżyser zdobył także prawa do sequela.

The Boondock Saints II: All Saints Day (Święci z Bostonu II - Dzień Wszystkich Świętych) miało premierę w 2009 roku. Akcja dzieje się 8 lat po wydarzeniach z pierwszego filmu. Rezydujący w Irlandii wraz z ojcem bracia, powracają do Bostonu by odnaleźć mordercę księdza, który został zabity w sposób wskazujący jednoznacznie na robotę świętych. Niestety, pogodniejszy, eksplorujący historię Il Duce i nieco odtwórczy sequel, ponownie nie zadowolił krytyków, ale tym razem również fanów. I tak bardzo jak miło jest oglądać całą obsadę znowu na ekranie (a szczególnie fantastycznego Billy'ego Connolly'ego), to film totalnie zawodzi. Wszystkiego jest tam za dużo, bez sensu i zupełnie bez żadnej potrzeby. Zgubił się też obecny w pierwszej części, społeczny wydźwięk filmu. 

Biedny Skippy. Jeżeli ktoś zapytałby mnie
o to, czym jest kultowa scena w filmie, to chyba
 dostałby to, no i ... 

Jeżeli  jeszcze bardziej chcecie zgłębić historię Troya Duffy'ego i powstawania Świętych z Bostonu, to zachęcam do zapoznania się z filmowym zapisem sukcesu i upadku reżysera, czyli dokumentem Overnight (2003) oraz świetnym artykule Amy Finch dla Boston Phoenix, z którego wcześniej cytowałam. Przejdźmy teraz do meritum, czyli samego filmu. Na potrzeby wpisu, skonfrontowałam się ze Świętymi ponownie, po dobrych paru latach, odkąd po raz pierwszy go widziałam ( i to będąc w podatnym na wpływy wieku nastoletnim). Wtedy to absolutnie się w nim zakochałam. Po powtórce podtrzymuję tę miłosną deklarację, przy czym miłość ta ślepa i bezwarunkowa nie jest.

Krytycy od zawsze pastwili się nad Świętymi. Duffy'emu zarzuca się nadmierną, kiepską inspirację Tarantino, niepotrzebne epatowanie przemocą, niedojrzałość i tzw. style over substance. I ja po części się z tym zgadzam. Ten film to jest takie nieślubne dziecko (albo bliźniaki he he) Quentina Tarantino i Johna Woo, jeszcze na dodatek przepełnione specyficznym klimatem filmu akcji z przełomu XX i XX wieku (film miał premierę w 1999 roku). Widać inspiracje Reservoir Dogs czy Pulp Fiction, bowiem Święci (również w sequelu, chociaż w mniejszym stopniu) mają miejscami ciekawą, nietypową strukturę: przygotowanie do akcji → rezultat (i przecudownie szarżujący Dafoe) → środek akcji (w postaci retrospekcji czy inscenizacji) → powrót. Z Johna Woo zdecydowanie widzę sposób filmowania akcji ( no c'mon dwa pistolety!), aspekt związany z duchowością i klimat (szczególnie jak spojrzymy na amerykańskie filmy Woo).

                                      
... to.

Święci z Bostonu mają w sobie coś z przypowieści (z niejednoznacznym morałem), więc i postaci są "typowe": nieudolni policjanci, szalony sidekick, genialny detektyw stosujący niekonwencjonalne metody, wysłany przez mafię do zabicia świętych - groźny zabijaka o ksywie Il Duce (z kamizelką z sześcioma pistoletami) etc... rozumiecie. Z jakiegoś powodu to jednak działa i chociaż nasze bliźniaki bledną w konfrontacji z charyzmą Willema Dafoe, to nie sposób ich nie lubić, nawet jeśli są troszkę (ale tylko troszeczkę) psychopatami. Te sceny kiedy możemy po prostu obserwować ich interakcje wypadają świetnie, szczególnie w pozbawionym głębi sequelu.

                                      
Śmieszne chłopaki.

Troy Duffy, oprócz zbyt dużej dawki przemocy i gun porn, często spotyka się także z zarzutami, iż promuje i popiera tzw. vigilantism. Sam reżyser film widzi jednak jako swoiste "fantasy ride":
"Think about it. People watching the news sometimes get so disgusted by what they see. Susan Smith drowning her kids... guys going into McDonald's, lighting up the whole place. You hear things that disgust you so much that even if you're Mother Teresa, there comes a breaking point. One day you're gonna watch the news and you're gonna say, 'Whoever did that despicable thing should pay with their life.' You think -- for maybe just a minute -- that whoever did that should die, without any fuckin' jury."
Jednakże tam, gdzie sequel opiera się już na naszej sympatii do postaci, tak pierwszy film, jest wbrew pozorom, całkiem niejednoznaczny w ocenie świętych, co zresztą widać m.in. w mało subtelnej końcowej scenie sondy ulicznej. Duffy, jak przystało na dobrego reżysera, nie udziela odpowiedzi, ale stawia pytanie. Szkoda, że wątek ten w drugiej części ustąpił miejsca niepotrzebnym retrospekcjom i historii Il Duce, kwestię współpracy policji ze świętymi, rozwiązując w ten sam sposób jak poprzednio, co stawia tezę niejednoznaczności pod znakiem zapytania, podobnie zresztą jak postać Smeckera, który mimo początkowego sceptycyzmu ("Angels don't kill people.") ostatecznie, zmęczony biurokracją i ospałością wymiaru sprawiedliwości, decyduje się pomóc braciom, angażując innych policjantów. Nie wiem natomiast, czy w tej scenie, tak wygląda człowiek przekonany co do słuszności swoich działań:


Duffy odnosi się więc do tej kwestii w całkiem ciekawy sposób, chociaż bohaterom brakuje jednoznacznej motywacji. Wspomnienie Kitty Genovese i krótka scena boskiej wizji, to trochę za mało, by twoi bohaterowie zaczęli ganiać z bronią za mafią. A być może wystarczyłaby jedna dodatkowa scena.

Święci z Bostonu, świadomie czy też nie, wraz ze swoimi popkulturowymi odniesieniami stali się także meta komentarzem o wpływie mediów i kreacji rzeczywistości, Przy masakrze w Columbine, głośno było o zgubnym wpływie brutalnych gier komputerowych czy pełnych przemocy filmów na młodzież. Jej sprawcy, Eric Harris i Dylan Klebold, nie ukrywali przecież swojej fascynacji m.in. filmem Natural Born Killers (Urodzeni mordercy, 1994), który opowiada w dużej mierze o mediach i kreowanych przez nich świętych bohaterach. Paradoksalnie, Duffy tworząc wyjątkowo brutalny, wykorzystujący aspekt religijny film, w usta bohaterów wkłada popkulturowe referencje. Braci MacManus przerzucają się tytułami filmów, które zainspirowały ich do danej akcji czy ruchu. Mamy słynną wśród fanów linę, czyli hołd dla Charlesa Bronsona, gdzieś tam pada Rambo, The Fugitive (zmiana image'u), The Eiger Sanction z Eastwoodem czy klasycznie - James Bond. To filmy i telewizja ich tego nauczyły. Z różnym skutkiem, ale jednak. Tych subtelności dopełnia wypowiadana przez Murphy'ego w sequelu kwestia: "Let's do some gratuitous violence."

Tak bardzo jak osobiście trochę kocham ten film i uważam, że jest to naprawdę przyzwoity debiut, to niech jednak nie zmylą was moje słowa. Obiektywnie, to nie jest chyba nawet dobry film. Czasami nie wiadomo, czy to camp, czy to kicz, czy to na serio. Czasami obrywasz machismem po głowie, niczym rosyjski gangster kiblem. Czasami widzisz co się dzieje na ekranie i myślisz sobie, że to chyba tak naprawdę jest film o słuszności zemsty i braniu sprawy we własne ręce. I tak, jak zazwyczaj pytanie, które zadaję brzmi: Co nas przyciąga do złych filmów?, to dzisiaj zapytam: Co nas przyciąga do antybohaterów?


Na sam koniec, piękną klamrą fabularną, chciałabym powrócić do reżysera i tego co za kulisami. Nawet jeżeli nie przekonuje was sam film, warto zainteresować się tym co dzieje się dookoła niego. Poza obiema częściami Duffy Świętych nie nakręcił żadnego filmu. Widać jednak, że z ma z fanami świetny kontakt, tak zresztą jak ze swoimi aktorami. Przygotowując się do napisania tego wpisu, obejrzałam zarówno panel filmu na SDCC z 2009 roku (na kilka miesięcy przed premierą sequela) jaki różne making of i wersję All Saints Day z komentarzem trójki głównych aktorów i reżysera. To chyba najbardziej luzacki filmowy team jaki widziałam. Co więcej, widać, że za wizją Duffy'ego wszyscy wskoczyliby w ogień. Naprawdę świetnie się przy tych filmach bawią i kochają swoich fanów. 

Co na przyszłość? Od kilku lat słychać o części trzeciej, aczkolwiek tak często jak zapewnia się o starcie produkcji, tak często się go zaprzecza. Miało być The Boondock Saints III: Saints Preserve Us, w międzyczasie jeszcze serial, aż niedawno (bodajże w październiku zeszłego roku) stanęło na The Boondock Saints III: Legion, który to film rozpocząć ma się tam, gdzie zakończył się drugi (czyt. Hoag Prison), cofnąć się do pierwszej akcji braci MacManus oraz podjąć temat idących w ślady naszych świętych. Nie bardzo wierzę w powstanie tego filmu, bo póki co nic na to nie wskazuje, ale niech mnie zaskoczą (chociaż po sequelu stwierdzam, że może lepiej niech nie zaskakują).

The Boondock Saints jest jak Rocco: zabawny, czasem irytujący, niedojrzały i głośny, ale nawet go lubisz. Warto zapoznać się z obydwoma filmami, chociażby dla wypełniającego każdy kadr swoją ekstrawagancką prezencją Willema Dafoe, czy działającego poza swoim emploi Billy'ego Connolly'ego. Bowiem wygląda na to, że w tym bostońskim szaleństwie, jest jakaś metoda.





PS. Dla chętnych: w 2010 wyszedł komiks napisany przez Duffy'ego - backstory Il Duce oraz historia innej akcji braci MacManus (bodajże dziejącej się pomiędzy filmami).

PS. 2 BONUS 1 oraz BONUS 2 na sam koniec, dla tych którzy dotrwali do tego miejsca.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

The One with... The Guest (Gość, 2014)

Zgodnie z obietnicą, dzisiaj chciałabym się bliżej przyjrzeć filmowi The Guest. Wcześniej, pisałam o nim tak:


Wszystko to podtrzymuję.
Na ekranach polskich kin, reżyser Adam Wingard gościł (pun intended) już wcześniej ze swoim horrorem You're Next. Jego twórczość nazwałabym dziwną, postmodernistyczną, stanowiącą hołd dla m.in. kina lat 80., odwołującą się do znanych nam już tropów i postaci. I to nie tylko w warstwie scenariuszowej, ale również muzycznej, czego The Guest jest najlepszym przykładem. W filmie rozbrzmiewają synthpopowe kawałki, zespoły takie jak Clan of Xymox, S U R V I V E czy nawet Sisters of Mercy. I co najważniejsze muzyka ta odgrywa pewną rolę w filmie i jest jego integralną częścią. 

MacGuffins #3, czyli co ciekawego można znaleźć w Internecie

MacGuffin - termin oznaczający przedmiot, miejsce, cel itp. napędzający fabułę filmu i motywujący działania postaci. Jest ważny nie jako konkretny obiekt (dla widza nie ma znaczenia czym dokładnie jest), a jedynie jako pretekst do zawiązania i przebiegu filmowej akcji.*
MacGuffins, to cykl wpisów z ciekawymi linkami. Artykuły, filmy, zdjęcia i inne ciekawostki. Wszystko co związane z filmami. Uwaga! Duże stężenie angielskiego.



Przy okazji premiery trzeciej części przygód Bridget Jones, felieton o wpływie tej postaci nie tylko na jego autorkę, ale także na komedie romantyczne w ogóle.